Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Wycieczka do Prowansji
Zawsze chciałam pojechać do Francji, ale tak się składało, że w końcu spędzałam wakacje w jakimś innym miejscu. W tym roku wreszcie zdecydowałam tylko Francja i wybrałam docelowo Prowansję. Do tej decyzji zachęciły mnie zdjęcia robione wśród pól kwitnącej lawendy, które przywiózł syn ze swojej podróży po Francji. Pozostało mi jeszcze namówić do tej wycieczki męża Janusza niechętnemu każdemu wyjazdowi i synową Darię. Oboje mieli na zmianę prowadzić samochód. Jechać miała z nami również Michalina, nasza wnuczka, lecz tej namawiać nie trzeba było gdyż nigdy do tej pory nie była zagranicą. O dziwo mając do wyboru wyjazd z mamą do Disneylandu wybrała wycieczkę wspólną z dziadkami.
Czytając pochlebne recenzje o Eurocampie wybraliśmy niedrogi camping tego przedsiębiorstwa - L’etoile d’Argens- położony między miejscowościami Frejus a St.Aygulf na Lazurowym Wybrzeżu. Koszt 7 dniowego pobytu w mobilhome dla 4 osób w okresie 29.05.-06.06. to 210 euro (842 zł). Przeznaczyliśmy na dojazd 2 dni z noclegiem po drodze. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w hotelu Adler w małym niemieckim miasteczku.
Dzień pierwszy
Wyruszyliśmy z domu w Łodzi w piątek 27 czerwca o 7.19 Z 19 minutowym opóźnieniem do zakładanego czasu wyjazdu. Temperatura 110 C stopni, niebo lekko zachmurzone. Jadąc przez Lutomiersk, Szadek, Wartę, Ostrzeszów, Wrocław, zatrzymując się raz na barszczyk, flaki i kawę już ok. 13.30, mijaliśmy granicę w Zgorzelcu. Przejechaliśmy 373 km.
Dom, 40 pomidorów pod szklarenką i 3 psy (2 nasze i jeden Michaliny) zostawiliśmy pod opieką przyjaciół Gosi i Zygmunta.
Przed wyjazdem długo dyskutowaliśmy nad trasą przejazdu i wyborem miejsca noclegu. Korzystaliśmy z internetu przy wyznaczaniu trasy i tą drogą zarezerwowaliśmy względnie tani nocleg w hotelu Adler. Postanowiliśmy jechać na Lazurowe Wybrzeże przez Niemcy ( nie płaci się za autostrady), Austrię, i Włochy. W pierwszym dniu podróży planowaliśmy przejazd przez Polskę, i część Niemiec do miejscowości Westhausen bei Aalen, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Miasteczko to  leży przy autostradzie A 7, 110 km od Ulm. Pierwszy odcinek trasy wynosił ponad 900 km.
Za Wrocławiem na A 4 za kierownicą zasiadła Daria. Włączyła nawigator pożyczony od Lecha, którego pierwszym posiadaczem był Janusz, ale szybko przekazał go synowi gdyż nie mógł poradzić sobie z jego obsługą. Michalina szczęśliwie nie marudzi zajęta oglądaniem filmów na odtwarzaczu otrzymanym od dziadków z okazji Dnia Dziecka i ukończenia 4 klasy szkoły podstawowej.
Droga przez Niemcy autostradami przez Drezno, Chemnitz, Norymbergę w kierunku Ulm wydawała się prosta i szybka, ale dwukrotne przegapienie zjazdów spowodowało, że musieliśmy zjeżdżać z autostrady i ponownie szukać do niej dojazdu, żeby wrócić na wyznaczoną trasę. Mało tego, na dalszej trasie stanęliśmy w olbrzymim korku i przez następną godzinę udało nam się przejechać tylko 20 km. Przyczyną korka nie były jak przypuszczaliśmy wyjazdy weekendowe Niemców, ale wypadek na lewym pasie autostrady.
Do hotelu na nocleg dojechaliśmy o 21.00. Wszyscy bardzo zmęczeni. Do dyspozycji mieliśmy apartament w cenie 95 euro składający się z dwóch sypialni i wspólnej łazienki. Po kolacji, z kanapek i kabanosów, które zabraliśmy na drogę, popijanych polskim  piwem zamiast herbaty, wykąpaliśmy się w przestronnej łazience i poszliśmy spać.

Dzień drugi
Po dobrze przespanej nocy i sytym, niemieckim śniadaniu (szwedzki stół w cenie 5 euro od osoby) jedziemy dalej A 7 w kierunku Ulm i E 43 do granicy z Austrią. Przejazd przez Austrię to tylko kilkanaście kilometrów, na którym wymagana jest winieta. Skręcamy na Bregenz, w którym zaplanowaliśmy krótki postój nad Jeziorem Bodeńskim znanym nam tylko z literatury i filmów. Bregenz jest jedynym dużym miastem nad jeziorem Bodeńskim wciśniętym pomiędzy terytorium Niemiec i Szwajcarii. Od 1945 roku corocznie odbywa się tu w lipcu i sierpniu festiwal Bregencki „Bregenzer Festspiele”. Szukając miejsca do zaparkowania dwukrotnie okrążamy miasto i wreszcie parkujemy przy amfiteatrze na wodzie. Oglądamy z zaciekawieniem scenografię do „Aidy” Giuseppe Verdiego. na którą składa się pofragmentowana Statua Wolności w kolorze niebiesko- złotym. Bezpośrednio obok amfiteatru widać dwa dźwigi budowlane, które zamontowano na drewnianych palach wbitych w dno jeziora. Dowiedzieliśmy się później, że te ogromne żurawie uczestniczą aktywnie w akcji opery. Mają za zadanie podnieść ze sceny dwie pasujące do siebie części maski i połączyć je w powietrzu w jedną olbrzymią całość. Są też stelażem, na którym zamocowane są głośniki.
Robimy zdjęcia, spacerujemy promenadą nad jeziorem, po parku i bardzo niechętnie wsiadamy do samochodu by ruszyć w dalszą drogę -przez Lustenau do Szwajcarii. Dojeżdżając E 43 do granicy szwajcarskie w przydrożnym barze kupujemy winietę  płacąc ok. 28 euro. Winieta jest ważna cały rok, ale czy się nam przyda? Szybko zapominamy o wysokiej cenie zapłaconej za winietę zachwycając się pojawiającymi się przed nami górami. Chociaż już czerwiec przed nami ośnieżone szczyty Alp Szwajcarskich. Śnieg często utrzymuje się też na zboczach schodzących aż do drogi. Z gór kaskadami spływają strumienie wody. Tam gdzie teren jest bardziej nasłoneczniony pola obsypane są żółtymi kwiatami. Mijamy malutkie wioski, wśród domów zawsze  widoczny jest kościół. Po drodze mnóstwo tuneli przebijających góry na wylot. Początkowo E 43 (A 13) prowadzi mocno  pod górę potem zjeżdżamy  ostro w dół. Kulminacyjnym elementem trasy jest przejazd ponad 6 km tunelem pod przełęczą San Bernardino. Za Roveredo   dojeżdżamy do A 2 i tą drogą kierujemy się ku granicy włoskiej. Planowaliśmy zatrzymać się nad jeziorem Lugano lecz nauczeni złym doświadczeniem, że zjazdy i wjazdy na autostradę zabierają dużo czasu postanowiliśmy coś zjeść już we Włoszech w restauracji na parkingu przy autostradzie. Po przepięknej Szwajcarii widoki za oknem już mało ciekawe. Nie podobała mi się też trattoria, w której zdecydowaliśmy zjeść pizzę. Pizza była wprawdzie smaczna, lecz w środku brudne stoły zastawione niesprzątniętymi naczyniami, wrażenie ogólnego bałaganu. Nie tak jak w niemieckich barach gdzie bardzo czysto na salach i w WC. Skrupulatnie trzymając się wskazań nawigatora podążamy ku Francji. Z  A 7 zjeżdżamy na A 8, której odcinek od granicy włoskiej do Nicei ze względu na bardzo górzysty teren poprzebijany jest licznymi tunelami, W tunelu znajduje się też przejście graniczne. Opuszczając Włochy płacimy jednorazowo za cały przejazd przez te kraj. We Francji płaci się za określone odcinki trasy i to w różny sposób. Na niektórych autostradach przy wjeździe dostaje się bilet, na podstawie, którego przy wyjeździe jest pobierana opłata ( nie można go zgubić), na innych płaci się od razu za przejechanie danego odcinka np. wrzucając odliczone pieniądze do specjalnego koszyka przy bramce. Trzeba również uważać na oznaczenia bramek i podjechać do właściwej. Są, bowiem bramki gdzie płaci się tylko kartami i w razie pomyłki trzeba się wycofać, co może być dużym problemem, gdy z tyłu stoi kilka samochodów.
Autostrada A 8 biegnie przez Lazurowe Wybrzeże w kierunku Prowansji, to zbliżając to oddalając się od morza. Czasami udawało nam się jednak zobaczyć jego błękitny skrawek
 Zjeżdżamy z autostrady w kierunku Frejus. Ostatni odcinek naszej trasy bardzo nam się dłuży i kiedy już jesteśmy bardzo blisko St. Aygulf, wysiada nawigator i w żaden sposób nie możemy znaleźć campingu. Na licznych rondach brak na kierunkowskazach jego nazwy i ciągle jeździmy w kółko. Już prawie 22, a do tej godziny można wjechać na camping pod mobilhome. Robi się ciemno. Zdenerwowani zatrzymujemy się na jakimś parkingu przed restauracją i pytamy o drogę naszym słabym angielskim. Pani kelnerka tłumaczy nam bardzo szybko i bardzo długo jak dojechać do campingu. Efekt był taki, ze niewiele z tego zrozumieliśmy. Wracamy do samochodu. Daria nie rezygnując ustawiała nawigator aż wreszcie odpalił. Ustalamy adres campingu i jedziemy  w ciemno (dosłownie) zdając się na jego wskazania. Droga jest długa i kręta, ale ok.23 wjeżdżamy w otwartą bramę campingu.

Dzień trzeci
Ranek zaczęliśmy od oglądania najbliższej okolicy mobilhome. Wszędzie dużo drzew i krzewów. Domki są z trzech stron otoczone żywopłotem i w ten sposób nie widzimy sąsiadów ani oni nas. Przed mobilhome mini trawnik gdzie można postawić samochód, stoi tam stolik, krzesła i dwa duże plastikowe łóżkoleżaki.. Po drugiej stronie drogi miejsce campingowe z pięknym oleandrem obsypanym purpurowymi kwiatami jest puste i przez okres naszego pobytu będzie wykorzystywane przez Michalinę i Janusza do gry w badmintona. Tam również ustawiamy nasz samochód.
Mobilhome jest prawie bez zarzutu. W części kuchennej jest piec gazowy z piekarnikiem, zlew i cały sprzęt kuchenny umożliwiający gotowanie, smażenie, pieczenie i oczywiście jedzenie. Łazienka wyposażona, w zlew, prysznic, sedes jest mała, ale  nie musimy korzystać z wspólnych sanitariatów na campingu. Mobilhome posiada dwie sypialnie. Tą mniejszą, składającą się z dwóch wąskich tapczanów, szafy i jednego metra kwadratowego wolnej przestrzeni, zajmujemy z Januszem i jest nam tam za ciasno. Myślę, że dla małych dzieci byłaby chyba wystarczająca. Po śniadaniu składającym się z polskich produktów idziemy (w sezonie można dopłynąć łódką) ok. 3 km na poszukiwanie plaży i morza. Jest bardzo ciepło ok. 260 C i parno. Trafiamy na „ dziką plażę”,  na której opala się kilka osób w tym nudyści. Plaża jest piaszczysta, co na wybrzeżu Francji jest rzadkością. Nie ukrywam, że ze wszystkich widzianych plaż i mórz najbardziej lubię plażę i jej otoczenie, wydmy, wysokie trawy, sosnowe laski nad naszym morzem i sam Bałtyk nieprzewidywalny raz spokojny, to falujący albo bardzo groźny tak jak w ubiegłym roku, gdy byliśmy tam w październiku i sztorm zamienił plażę w wysypisko wodorostów, desek i innych śmieci. Tutaj morze jest gładkie, szare bez wyrazu i o tej porze dość chłodne, co nie przeszkadza wcale Michalinie i Januszowi wskoczyć do wody. My z Darią opalamy się próbując nie patrzeć w stronę bardzo starającego pokazać swe wdzięki samotnego nudysty.

Dzień  czwarty
Po jednodniowym wypoczynku po podróży czas na zrealizowanie zaplanowanych przed wyjazdem wycieczek. Dzisiaj jedziemy zwiedzać Grand Canyon du Verdun, który powstał jako rezultat wypiętrzenia się Alp i erozyjnej działalności rzeki Verdun, wypłukującej w wapiennych skałach coraz głębszy kanion. Są organizowane piesze wycieczki w głąb kanionu, my poprzestajemy na objechaniu go wokoło i podziwianiu widoków rzeki z punktów widokowych, gdzie też można zaparkować samochód. Przełom rzeki ma 21 km długości, głębokość wąwozu waha się od 250 d0 700m.Wody rzeki  z góry mają piękny zielony kolor. Od niego wzięła się nazwa rzeki (francuskie verdure –zielony). Wzdłuż rzeki ciągną się kilkusetmetrowe skalne klify przyciągające wielu wspinaczy. Po kilkugodzinnej przejażdżce wokół kanionu zjeżdżamy na późny lunch do małego, uroczego miasteczka Aiguines. Jedzenie serwuje się przy stolikach ustawionych prawie na ulicy tak, że czekając na posiłek oglądamy zabawny zamek udekorowany kolorowymi wieżyczkami oraz leżące w  dole szmaragdowe jezioro zaporowe Lac du Saint – Croix, do którego uchodzi rzeka opuszczająca kanion. Popularny we Francji, pastis, który zamawiam z ciekawości do obiadu, okazuje się schłodzonym likierem anyżowym.  Po odpoczynku przy kawie jedziemy serpentynami nad jezioro, które podziwialiśmy z tarasu. Teraz możemy pospacerować po wodzie.
 Droga na camping również za dnia nie jest wcale prosta, ale zdążymy jeszcze wykąpać się w basenie na terenie campingu przed jego zamknięciem o godz.17.00.

Dzień piąty
Śniadania i kolacje jemy na campingu korzystając w dużej mierze z przywiezionych z domu wiktuałów. Nie odmawiamy sobie jednak prawie ciepłych croissantów, które kupuje Janusz na śniadanie w sklepiku na terenie campingu. Do kolacji kupujemy pomidory, oliwki, sery i wino, które jest względnie tanie. Ceny żywności we Francji są w większości kilkakrotnie wyższe niż w Polsce. Początkowo przyzwyczajeni do jedzenia w kraju obiadów ok. godz. 14-15 próbowaliśmy, najczęściej w czasie naszych wycieczek, zjeść też o tej porze ciepły posiłek. Okazało się to niemożliwe, ponieważ lunch podaje się we Francji dużo wcześniej. Uratowała nas dwukrotnie przed koniecznością jedzeniem kanapek Daria, która po powrocie z wycieczek szybko przygotowywała spaghetti z sosem pomidorowym z dodatkiem czosnku, bazylii i tuńczyka z puszki. To ulubione danie Michaliny, która jest strasznym niejadkiem.
Dziś wybieramy się do Awinion, a także do leżących w pobliżu miasteczek Fontanie de Vaucluse, Gordes i Roussilion.
Do Awinion dojeżdżamy bez większych kłopotów i zostawiamy samochód  na podziemnym parkingu obok Pałacu Papieskiego, który jest pierwszym celem naszego zwiedzania. Bilety są drogie, lecz my z Januszem jako seniorzy i Michalina wykupujemy ulgowe. Dostajemy audioprzewodniki, które są w 7 językach m.in. w rosyjskim, którego z Januszem uczyliśmy się w szkole i na studiach.
Awinion stał się siedzibą 7 papieży od roku, 1309 kiedy to Klemens V ze względu na spór z kardynałami Rzymu opuścił wieczne miasto i przeniósł kurię papieską do tego miasta sam zamieszkując w klasztorze Dominikanów. Pałac Papieski wznoszono w dwóch etapach stąd w kompleksie można wyróżnić dwa pałace Stary i Nowy. Stary bliżej Katedry Notre Dame des Domes reprezentuje bardziej surowy styl i był zamieszkiwany przez kardynałów. Jego budowę w roku 1334 rozpoczął Benedykt XII. Nowy, budowany w latach 1342-1352, jest potężną fortecą o wysokich, masywnych ścianach i wąskich oknach. Pałac Papieski to najcenniejszy zabytek gotyckiej architektury pałacowej na świecie.
 Zwiedzamy apartamenty papieskie, kaplice, wystawne komnaty. Oglądamy galerię portretów papieskich. Przechodząc między murami widzimy z daleka dzwonnicę  katedry Notre Dame des Domes zwieńczoną pozłacaną figurą Matki Bożej. Do XIII wiecznej romańskiej katedry wybieramy się po zwiedzeniu Pałacu Papieskiego. Leżą tam pochowani dwaj papieże Jan XXII i Benedykt XII. Zanim opuścimy Stare Miasto, które otaczają obronne mury długości 4,5 km wzniesione w latach 1177-1185, udajemy się na słynny z dziecinnej francuskiej piosenki „Sur le Pont d’Avignon” oraz znany też z wiersza Baczyńskiego śpiewanego przez Ewę Demarczyk, most Św. Benzeta na rzece Rodan. W rzeczywistości jest to tylko część mostu składająca się z czterech przęseł. Niegdyś wpierał się na 22 przęsłach, które były systematycznie niszczone przez powodzie i w XVII wieku zrezygnowano z jego odbudowy. Legenda głosi, że Bóg kazał pastuchowi, który miał na imię Benzet, wybudować most z Awinionu na drugi brzeg rzeki Rodan. Benzet przekazał polecenie Boga biskupowi Awinionu, lecz ten nie dając temu wiary kazał mu podnieść olbrzymi głaz i w ten sposób udowodnić swoje „boskie kontakty „. Pastuch wykonał zlecone zadanie i przeniósł kamień spod pałacu biskupa na brzeg Rodanu. Widząc ten cud mieszkańcy miasta zebrali pieniądze na budowę mostu i rozpoczęła się jego budowa w 1177 roku, którą ukończoną w 1185.
Opuszczamy Awinion i udajemy do odległej o ok. 30 km Fontanie de Vaculose, gdzie znajduje się wywierzysko rzeki Sorgue. Pod koniec zimy, wczesną wiosną wzbiera podziemna rzeka Sorgue i wytryskuje spomiędzy skał z olbrzymią siłą. Niestety nie dane nam było oglądać tego zjawiska, był czerwiec i pod skałą widoczna była tylko zielonkawa sadzawka. Pijemy kawę w zacienionej restauracji nad płynącą rzeką i jedziemy do Gordes. Najładniejszy widok miasteczka jest z drogi dojazdowej, gdyż jest ono położone wysoko na zboczu. Jasne, kamienne domy wyglądają jak gdyby były wykute w skale. Zatrzymujemy się na parkingu i drogą pod górę wchodzimy do miasteczka. Chodzimy wąskimi uliczkami wykutymi w skale oglądając domy z ogródkami nieco większymi od chusteczki do nosa. Nie mamy czasu na odpoczynek, niewiele czasu zostało do zachodu słońca a chcemy jeszcze odwiedzić kopalnie ochry w Roussilion. Ochra to zwietrzelina skał lub iłów bogata w żelazo o barwie od żółtej do ciemnobrunatnej wykorzystywana w malarstwie, budownictwie, przemyśle ceramicznym. Nasz praprzodek używał ochrę do tworzenia malowideł naskalnych. Do kopalni można dojść szlakiem prowadzącym przez wąwóz, z którego widać formacje skalne w różnych kolorach. Dojeżdżamy za późno, droga do kopalni już zamknięta. Możemy jednak obejrzeć miasteczko w kolorze ochry i położone blisko parkingu dwie wielkie skały jedną w przepięknym pomarańczowo-żółtym kolorze, drugą w jasno-różowym. Zdjęcie tej pierwszej oświetlonej promieniami zachodzącego słońca zdobi teraz ściany naszego salonu. W sklepiku kupujemy z Michaliną małe kolorowe cykady - magnesiki, którymi przyczepiam do lodówki kartki z notatkami o wizytach u lekarza, fryzjera itp. Jest tu też duży wybór ładnych kart nie tylko Roussilion.  Wracamy na camping koło północy, ale i tak mam wrażenie wielkiego niedosytu, że nie zobaczyliśmy na pewno wielu ciekawych miejsc.

Dzień szósty

Wczorajsza wycieczka była bardzo wyczerpująca, więc postanowiliśmy dzisiaj nie wybierać się w długie trasy. Janusz z Michaliną postanowili skorzystać z różnych atrakcji, jakie oferuje camping dla gości i pójść na basen a my z Darią wybrałyśmy się do St. Aygulf gdyż był to dzień targowy w tym mieście. Nie interesowały nas artykuły przemysłowe, lecz spożywcze gdyż one rozłożone na otwartych stoiskach oddawały klimat tego regionu. Na stołach w miskach, miseczkach, słojach, wiadrach leżały konserwowane może kiszone oliwki od maleńkich wielkości grochu do bardzo dużych przypominających śliwki, różnorodnych kolorów i smaku. Były deski z serami, kiełbasami gdzie głównie królowało salami.  Stoiska z warzywami i owocami nie różniły się specjalnie od polskich gdyż nie był to jeszcze sezon na karczochy, brzoskwinie czy winogrona. Widać po pozdrowieniach i powitaniach, że prawie wszyscy tu się znają. Turystów o tej porze roku na Lazurowym Wybrzeżu jest bardzo mało. Po powrocie Daria robi spaghetti na obiad i po sjeście jadą w trójkę na publiczną plażę w St. Aygulf. Ja wolę w cieniu poczytać książkę.
Na kolacje próbujemy specjałów zakupionych na targu popijając je francuskim winem. Niestety dla mnie i Janusza skutkiem tego francuskiego menu było dokładne przeczyszczenie organizmu.

Dzień siódmy
W programie dzisiejszego dnia przed południem mamy pojechać do Port Grimaud.
Port Grimaud to Wenecja Lazurowego Wybrzeża. Wybudowane niedawno, w latach 1963-1966, według projektu architekta Francoisa  Spoerry, który wpadł na pomysł, żeby bagniste tereny nadmorskie zamienić w miejsca zamieszkane. Powstało ponad 2000 domów nad kanałami rozdzielającymi poszczególne wysepki.
Do Port Grimaud dojeżdżamy drogą N 98, zostawiamy samochód na parkingu i idziemy drogą wzdłuż kanałów. Z jednej wysepki na drugą przechodzimy łączącymi je mostami. Każda z dróg kończy się morzem i musimy wracać z powrotem. Postanowiliśmy poszukać wypożyczalni rowerów wodnych lub łódek, żeby pooglądać miasteczko od strony morza, ale bezskutecznie. Zrezygnowani idziemy kąpać się i opalać na plażę. Wracając zatrzymujemy się we Frejus, żeby coś zjeść i o dziwo, chociaż już po 14, w jednej z restauracji proponują nam lazanii. Obsługa nas zaskakuje. Oprócz kelnera przychodzi do nas właściciel może kierownik lokalu, który pyta czy nam smakuje, co jeszcze zamówimy proponując kawę i desery. Może myśli, że jesteśmy bogatymi Anglikami, ponieważ zamawialiśmy jedzenie po angielsku. Niestety na desery nas nie stać natomiast  lazania, podana w kamionkach, w których się piekła, jest przepyszna. Po obiedzie spacerując po mieście trafiamy na plac gdzie Francuzi grają w bule. To gra popularna dla regionu Prowansji. Rozgrywa się na utwardzonym placu i polega na rzucaniu z wytyczonego kręgu stalowymi kulami ( bulami) w kierunku małej kulki zwanej przez Francuzów prosiaczkiem ( w Polsce częściej używa się nazwy świnka). Celem graczy jest umieszczenie buli jak najbliżej świnki.
Schodzimy nad morze, jednak trafiamy na fragment plaży bardzo kamienisty, wąski, poprzegradzany skałami dochodzącymi do samej wody, więc szybko się stamtąd wycofujemy. Wracamy na camping, może jeszcze zdążymy na basen.

Dzień ósmy
Szperając w Internecie przed wyjazdem do Francji znalazłam wzmiankę o kolejce kursującej z Nicei do Digne les, Bains przez Alpy Prowansalskie. Właściwie jest to autobus szynowy, kursujący na tyle często, że można wysiąść na jednym z wielu przystanków i pochodzić po górach lub pozwiedzać malutkie górskie miasteczka a potem wsiąść do następnej kolejki i jechać dalej. Postanowiliśmy wybrać się w dwugodzinną podróż kolejką do Annot. Wcześnie rano wyruszyliśmy do Nicei i tylko dzięki temu, że odjazd kolejki zaplanowany na 8.50 się opóźnił zdążyliśmy do niej wsiąść. Było w niej sporo ludzi a to, dlatego, że przez pewien czas jedzie ona przez Niceę i ludzie dojeżdżają nią do pracy. Michalina z zaciekawieniem zerka na siedzące naprzeciwko dwie czarnoskóre nastolatki Po wjechaniu w góry podziwiamy przez okno płynącą dołem rzekę Durance i wznoszące się za nią pasma Alp. Mijamy Entrevaux z górującą na szczycie wzgórza cytadelą. W dalszej drodze niezaplanowana przesiadka do autobusu, który zawozi nas na dworzec w Annot. Wysiadamy i kierujemy się drogą do centrum miasteczka, czyli niewielkiego placu, przy którym jest siedziba mera, zacieniona kawiarenka. małe sklepiki i kilka domów.
Zapuszczamy się w wąskie, kręte uliczki między domy wyglądające jakby wyrastały ze skały. Wąskim kamiennym korytem sączy się strumień. Jest przyjemnie chłodno. Napotykamy między domami na kamienną studnię gdzie robimy sobie zdjęcia. Mam wrażenie, że to miasteczko wyglądało tak samo kilka wieków temu.
Idąc dalej wychodzimy niespodziewani znowu na centralny plac. Daria w sklepiku kupuje niedrogą prowansalską oliwę. Przyłączamy się do siedzących w cieniu drzew mieszkańców i zamawiamy kawę.
Z Annot idąc szlakiem turystycznym w kierunku Chambre du Roi można dojść do ciekawych formacji skalnych miejsca wspinaczek skałkowych. Mieliśmy tam się wybrać, ale z powodu niepewności, co do powrotu. z powodu zawirowań na kolei wracamy na dworzec. Tu czeka na nas zamiast kolejki autobus. Po drodze przesiadamy się jednak do kolejki i wracamy do Nicei. W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Marinelandzie kilka kilometrów od Antibes. To Morski Park Rozrywki gdzie można podziwiać orki i delfiny, które pod okiem instruktorów wykonują różne układy taneczne i skomplikowane ewolucje. Są tu też akwaria z rybami, rafami koralowymi, tunel z rekinami itp. Ceny biletów wysokie jak na naszą kieszeń,; bilety dla dorosłych 32euro(seniorzy) - 36euro, dla dzieci 28 euro. Nie lubię oglądać zwierząt poza naturalnym ich środowiskiem, więc decydujemy wybrać się z Januszem na plażę w Antibes. Do Marinelandu wchodzą Daria z Michaliną. Plaża okazuje się bardzo kamienista, ale możemy obserwować samoloty, startujące, co kilkadziesiąt sekund z lotniska w Nicei. Po dwóch godzinach robi się chłodno, wracamy, więc na teren oceanarium i w towarzystwie Polaków z wycieczki, która ulokowała się obok czekamy na powrót dziewczyn. Michalina zrobiła mnóstwo zdjęć i sfilmowała akrobacje fok i orek, więc będzie, co oglądać.

Dzień dziewiąty
W przeddzień wyjazdu do Polski chcemy pojechać do Grasse miasta słynnego z wytwórni perfum. Jednak rano jedziemy wszyscy na targ do Frejus, żeby zrobić ostatnie zakupy. Janusz kupuje Michalinie zwiewną, liliową sukienkę, na dyskoteki kolonijne. Ja w sklepiku z pamiątkami obok rynku znalazłam stylowy, metalowy dzwonek, który powiększy moją kolekcję dzwonków przywiezionych z naszych podróży. Kupujemy z Darią pachnące, lawendowe mydełka po 3 euro. Na rynku bardzo dużo ludzi, w kawiarniach i restauracjach tłok, zbliża się pora lunchu. Dla nas to jeszcze za wcześnie na posiłek, więc idziemy zwiedzić miasto. Wracamy na obiad na camping, po którym jedziemy do Grasse do perfumerii Fragonard  jednej z najstarszych w tym mieście. Docieramy tam szybko i parkujemy bez problemu blisko wytwórni.
Powinnam dodać, że nasze podróże po Lazurowym Wybrzeżu i Prowansji przebiegają dość sprawnie a to tylko, dlatego, że nie jest to pełnia sezonu i na drogach zwłaszcza autostradach, którymi się głównie poruszamy ruch jest w miarę płynny. Korzystamy również z nawigatora, bez którego poruszanie się po dużych miastach byłoby koszmarem.
W obszernym holu perfumerii zbierają się wycieczki jak również indywidualni turyści czekając na przewodników. Wejście jest bezpłatne. Dołączmy do grupy osób z przewodnikiem mówiącym po angielsku. Oprowadza nas po wytwórni  przedstawiając etapy produkcji olejków zapachowych i mydełek. Potem schodzimy piętro niżej do obszernej hali sprzedaży gdzie prezentowane są gotowe wyroby: perfumy, mydła i inne kosmetyki.. Pani przewodniczka opowiadając o składzie perfum daje do wąchania kolejne próbki, tak że po pewnym czasie mieszają nam się wszystkie zapachy. Teraz już możemy sami pochodzić po sali i zrobić drobne zakupy. Będą to prezenty dla rodziny i przyjaciół. Po wyjściu z fabryki perfum, zwiedzamy znajdujący się na jej terenie ogród z kwiatami, z których otrzymuje się ekstrakty zapachowe. Po drugiej stronie ulicy znajduje się sklep innej perfumerii, gdzie dokupujemy po kilka mydełek w znacznie niższej cenie. Wracając z Grasse na camping zatrzymujemy się w Cannes, do którego jest tylko 17 km. Od parkingu do nadmorskiej promenady idziemy tylko kilka minut mijając ekskluzywne butiki, eleganckie samochody i ich ekstrawagancko ubranych właścicieli. Mijamy słynny hotel Carlton i idziemy pospacerować aleją wzdłuż bulwaru de la Croissette. W dole, widoczna jest plaża zasłonięta prawie całkowicie przez nieciekawie wyglądające od tyłu budki, restauracje, kawiarnie. Dochodzimy do ogromnej przystani jachtów i wracamy. Michalina każe sobie zrobić zdjęcie na czerwonym dywanie przed jednym z hoteli i spełniamy jej życzenie. Wyjazd z Cannes trwał dość długo, bo chcieliśmy jechać na camping wzdłuż wybrzeża D 98 a nawigator kierował nas ciągle na autostradę. W końcu daliśmy za wygraną i pojechaliśmy autostradą. W domu czeka nas sprzątanie. Musimy zostawić mobil home przygotowany na przyjazd następnych turystów albo zapłacić za sprzątanie.

Dzień dziesiąty
Wyjeżdżamy po wczesnym śniadaniu i wracamy tą samą drogą, którą tutaj przyjechaliśmy. Tak będzie łatwiej i szybciej poza tym nie była zła. W porze lunchu zatrzymujemy się w Szwajcarii na przełęczy otoczonej ośnieżonymi górami. W jedynym kiosku chcemy kupić coś regionalnego, lecz pani bufetowa proponuje nam tylko parówki w smaku nieróżniące się od naszych polskich. Ale jakie widoki dookoła. Do Weshausen bei Aalen w Niemczech, gdzie powtórnie będziemy nocować dojeżdżamy na tyle wcześnie, że idziemy na bawarską kolację z doskonałym piwem.

Dzień jedenasty
Po śniadaniu podanym w hotelu idziemy z Michaliną pochodzić po miasteczku. Znajdujemy po zapachu piekarnię, w której można wybierać z kilkunastu rodzajów świeżego, pachnącego pieczywa. Kupujemy chleb, może się przyda w domu. Miasteczko jest malutkie, czyste i  na razie dość puste. Kiedy wracamy, Daria i Janusz już czekają przed samochodem. Wsiadamy i w drogę ku granicy polsko-niemieckiej. Nawigator prowadzi nas bezbłędnie do Zgorzelca, do którego nawet nie wjeżdżamy, bo droga go omija. Wszyscy marzą o białym barszczyku z jajkiem i kiełbasą, więc zatrzymujemy się przed Wrocławiem na parkingu gdzie dostajemy w barze rzeczywiście doskonały barszczyk. Przez Wrocław przebijamy się z trudem stojąc długo w korkach. Do Łodzi jedziemy przez Konstantynów skąd do domu już mamy blisko bo mieszkamy na Teofilowie. Na progu wita nas Gosia i stęsknione psy a w domu przygotowana przez przyjaciółkę kolacja.


 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;