Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Londyn - wyjazd wyrwany z kontekstu
Autor: Kuba   
Wednesday, 18 April 2012

     Czy w jeden zwykły weekend można za niewielkie pieniądze odbyć ciekawą, wręcz egzotyczną podróż? Można, a mój wylot do Londynu w ostatni weekend jest na to doskonałym dowodem. 72 godziny rewelacyjnej przygody, której całkowity koszt zmieścił się w dwucyfrowej sumie. Dwa dni w zupełnie innej rzeczywistości. Wyjazd był tym bardziej niezwykły, bo odbył się w najzwyklejszy weekend. Był jak migawka lata w środku zimy. Jak wklejone w taśmę codziennego życia kilka klatek ekscytującego filmu z wakacji. Był po prostu wyrwany z kontekstu.


     Przeszukiwanie ofert lotów tanich linii lotniczych, zaoowocowało znalezieniem w końcu satysfakcjonującej oferty. LONDYN! Zostało jedno miejsce w cenie 40 PLN; szybka, męska decyzja i... lecę!

     Miesiąc później łapię stopa do Katowic, bo stamtąd mam samolot. Zestresowany pierwszym w życiu lotem staram się ogarnąć wszystko co mnie otacza na lotnisku. Sprawdzam każdy znak, tablicę i monitory, a panie w informacji mają mnie dość. Chcę mieć wszystko pod kontrolą, żeby nie zrobić czegoś źle i w efekcie nie przegapić lotu. Wszystko okazuje się dziecinnie proste, a moje obawy zbędne.

"Mój" Boeing 737
     Lecąc kilka tysięcy metrów nad ziemią podziwiam migoczące, złote koronki miast, rozświetlonych przez uliczne światła. Około 23 czasu lokalnego stawiam stopę na brytyjskiej ziemi. W terminalu zasiadam do kolacji. Oczywiście ze swoich zapasów, bo celem zmniejszenia kosztów zabrałem własne kanapki, zrobione z dwóch bochenków chleba. Od czasu do czasu przez głowę przebiega mi myśl: "jestem w Anglii". I chce mi się śmiać, bo przecież 2 godziny temu byłem w Polsce. Jako laikowi w kwestii latania, jest to dla mnie ciężkie do pojęcia. Wręcz surrealistyczne. Dwie godziny wystarczą, żeby znaleźć się w innym świecie. Inni ludzie, inna kultura, inny język, nawet czas inny. Uważam, że samoloty to kpina z konwencjonalnych środków transportu.

     Idąc po terminalu na oczy rzucają mi się dziesiątki śpiących na ławkach i na ziemii ludzi. Nie bezdomnych, ale podróżnych czekających na swój samolot. Nie jest to nic dziwnego na lotniskach, więc i ja spędzam noc w ten sposób.

Moje "łóżko"
     Budzę się razem ze Słońcem. Najpierw poranne mycie w lotniskowej toalecie, a potem piszę na kartce "London" i wychodzę z terminala. Tam spotykam sympatycznego parkingowego, który pyta mnie gdzie jadę.
- Do Londynu. - odpowiadam z uśmiechem
W jaki sposób?
Autostopem!
- To nie możliwe - kręcąc głową
- I tak spróbuję. - informuję, przyzwyczajony do tego typu reakcji, ale ten stara się mnie przekonywać, że to nielegalne. Mówię, że mam nadzieję, że mnie nie złapie policja i wtedy orientuję się, że to wcale nie jest parkingowy, bo na czapce zauważam napis "Police". Zmyliła mnie jego odblaskowa kurtka. Mocno zakłopotany staram się zmienić taktykę i pytam czy nie da się jakoś obejść przepisów. O dziwo, pan policjant przymyka na nie oko i wskazuje mi najlepsze miejsce do łapania stopa, zaznaczając, że gdyby policja się mnie czepiła, mam się powołać na niego.

     Zmotywowany tym miłym akcentem angielskiej dobroci idę na wskazane pobocze. Po niecałej minucie zatrzymuje się brytyjske auto, a w środku Polacy. Po drodze dostaję kilka cennych wskazówek, po czym rodacy wysadzają mnie pod samym Tower Brigde i tam zaczynam moją pieszą trasę wycieczkową.

Śniadanie

     Między zaplanowanymi punktami wartymi odwiedzenia docieram przypadkiem do katedry, w której, jako że jest niedziela, uczestniczę we Mszy Świętej. Jakimś cudem trafiam na katolicką świątynię w kraju, w którym katolicyzm wcale nie jest popularną religią.

     Następnie mam w planach obejrzeć uroczystą zmianę warty pod pałacem Buckingham, jednak ten sam plan co ja ma kilkaset innych turystów, którzy szczelnie wypełniają każde miejsce zapewniające jakikolwiek widok na centrum wydarzeń. Zniechęcony tłumami zawracam. Trafiam na Trafalgar Square. Siadam pod kolumną Nelsona, zdejmuję ciężkie buty i popijając zimną Coca-colę, upajam się chwilą. Jest piękna pogoda, jestem w Londynie, w którym już jest wiosna. Kwitną kwiatki, świeci Słońce, a temperatura sięga 20 stopni. Po godzinie stwierdzam, że muszę iść dalej.
Zaraz, zaraz. Nic nie muszę! - myślę sobie i relaksuję się kolejną godzinę.

Widok z Trafalgar Square

     Potem trafiam na most, z którego każdy turysta obowiązowo wykonuje trzy zdjęcia:
  • Big Ben'a...
 
  • ...London Eye...
 
  • ...oraz osobliwych cieni rzucanych przez balustradę.
 


     Pora jeszcze wczesna więc udaję się do galerii narodowej, która jest zbyt ogromna, żebym mógł potraktować ją z należytym szacunkiem niż tylko przebiegając przez kolejne sale i na szybko szukając obrazów, które znam z podręcznika do języka polskiego. Z takim samym despektem traktuję brytyjskie muzeum, w którym zwiedzający mogą podziwiać naczynia, noże i monety z każdej epoki i chyba każdego państwa jakie kiedykolwiek istniało.

British National Museum
     Cały czas nie mogę się przyzwyczaić do zmiany pasów ruchu i wchodząc na pasy nie wiem, w którą stronę mam patrzeć, stwarzając w ten sposób kilka niebezpiecznych sytuacji. 

 

     Zapada zmrok więc włóczę się po mieście robiąc nocne zdjęcia. Nie mam zaplanowanego noclegu, ale noc okazuje się tak ciepła, że rozkładam karimatę w parku jakiejś bogatej dzielnicy. Dopiero o czwartej nad ranem robi mi się zimno, więc... wchodzę w śpiwór. Rano, mocno zziębnięty, mimo pustych ulic, pozamykanych sklepów i śpiącego jeszcze miasta, cudem trafiam na czynny, mały barek, w którym herbata jest wyjątkowo, jak na stolicę Anglii, tania. Ciepły napój jest prawdziwym błogosławieństwem po zimnym poranku.

Pałac Westminster
     Włóczę się po zakamarkach miasta, żeby w południe dojść na zarezerwowanego z miesięcznym wyprzedzeniem busa na lotnisko (nie chcę ryzykować z autostopem). 

     Siedzę już w aucie i czekam na odjazd, kiedy nagle... ociera się o nas autobus, zostawiając długie wgniecenie, urywając kilka części i przebijając oponę. Na szczęście firma dostawia drugiego busa i na czas jestem na lotnisku. Potem jeszcze stresująca odprawa, przeszukanie bagażu, bo moja harmonijka ustna na rentgenie wyglądała niebezpiecznie dla strażników i chwilę później już siedzę w samolocie. Lecimy nad chmurami, a po zmroku lądujemy w Katowicach. Fanfary w głośnikach samolotu obwieszczają szczęśliwe lądowanie i szczęśliwie kończą mój piękny, angielski weekend.

 

     W terminalu rzuca mi się na oczy hasło reklamowe Wizzair'a: "Teraz wszyscy mogą latać". Zgadzam się, a moja Londyńska przygoda jest tego doskonałym przykładem. Nie trzeba ani pieniędzy, ani dużo czasu. Wystarczy wyjść poza swoją strefę komfortu i odważyć się działać, bo większość przeszkód siedzi tak naprawdę w nas samych.

Więcej na: 
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;