Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Podróże z dzieckiem - Kostaryka
Autor: Mini Traper   

Jesteśmy nomadami z pasji i trochę z konieczności – mieszkamy w Belgii. Uwielbiamy podróżować i robimy to nagminnie. Zawsze w pełnym gronie, czyli od trzech lat także z naszą córeczką Zosią (Mini Traperem). Odwiedzamy miejsca egzotyczne, kraje Europy i kochaną Polskę, przygotowując wyprawy całkowicie samodzielnie. Informacje czerpiemy z internetu oraz z relacji naszych podróżujących przyjaciół. Od roku prowadzimy bloga Mini Traper - podróże z dzieckiem, na który serdecznie zapraszamy.

Kostaryka – luty 2011


Trasa podróży © 2011 Mini Traper

To były fantastyczne dwa tygodnie. Pełne słońca, soczystych lasów tropikalnych, kolorowych motyli i niezadeptanych plaż osłoniętych palmami orzecha kokosowego. Niezbyt wyrafinowane pod względem kulinarnym, ale za to ze smakiem świeżych owoców mango, aromatyczną kawą i wszędobylskimi małpami. Dodatkowo, świetne miejsce na wygrzanie i wyleczenie przewlekłego kaszlu, który Zosia przywiozła z zimowej Europy!

Dlaczego Kostarykawyjec płaszczowy © 2011 Mini Traper? Po turystycznie zdemolowanym meksykańskim Jukatanie, który odwiedziliśmy w 2010, potrzebowaliśmy zieleni, świeżości i plaż nieoszpeconych betonowymi hotelami. Z pomocą przyszły nam linie lotnicze Jetairfly, a konkretnie ich promocyjne loty z Brukseli do Liberii. I tak wylądowaliśmy w Kostaryce, „Szwajcarii” Ameryki Łacińskiej, jak to zgrabnie ujmują niektóre przewodniki.

Lot trwał piętnaście godzin, czyli o dwie godziny dłużej niż jazda samochodem z Brukseli do Torunia. Było międzylądowanie i krótki postój w Cancun, a następnie o 14:25 czasu San José, przywitaliśmy się z międzynarodowym portem lotniczym w Liberii imienia Porfiria Ricarda José Luisa Daniela Odubera Quirósa.

Zosia celująco zdała egzamin na mini oblatywacza robiąc dwie podniebne kupy i przemierzając kilometry pokładowego korytarza Boeinga 767 w wyśmienitej kondycji. Dużą pomocą okazały się paluszki „Junior”, firmy Lajkonik, przezornie zapakowane przez mamę oraz polskie piosenki ludowe, spełniające rolę „wyciszaczy” w tzw. fazach krytycznych.

Przewodniki nie kłamały. Kostarykańczycy faktycznie lubią dzieci, przez co formalności wizowe udało nam się załatwić z dala od męczących kolejek. Wzięliśmy „Red Taxi”, jedyne oficjalne konsorcjum rodzimych taksówkarzy, obniżając cenę z 50$ na 45$ i ruszyliśmy w stronę Playa Hermosa. Około godziny 16:00 ukazał nam się hotel El Velero położony kilkadziesiąt metrów od Pacyfiku. Wyczerpani całodzienną podróżą wiedzieliśmy, że w końcu jesteśmy na miejscu i to o siedem godzin młodsi! Pura Vida! Samo życie! – jak mawiają Kostarykańczycy.

Playa Hermosa

Playa Hermosa sprawdziła się doskonale jako miejsce na regenerację po podróży i utwierdziła nas w przekonaniu, że Kostaryka była strzałem w dziesiątkę. Przyjemny hotel w cieniu palm, widok na szumiący ocean i nienajgorsza kuchnia sugerowały, że w raju wcale nie musi być nudno. Tym bardziej, gdy obok jest Zosia zafascynowana hotelowym basenem i wypiekaniem plażowych babeczek z wulkanicznego piasku.

Playa Hermosa © 2011 Mini Traper

Ta oddalona tysiące kilometrów od Polski miejscowość na chwilę stała się naszą małą ojczyzną. W sobotę po plaży przemaszerował przed nami polsko-amerykański orszak weselny. A dzień później ucięliśmy sobie miłą pogawędkę z Ojcem Maciejem, polskim werbistą i proboszczem tamtejszej parafii. Spotkanie było o tyle wymowne, że kościół w Hermosa został poświęcony św. Antoniemu z Padwy, patronowi Zosi, dokładnie w dzień jej narodzin. Potraktowaliśmy to jako dodatkowe ubezpieczenie na czas wyprawy.

Trzy dni z widokiem na fale, pomiędzy „szczekającymi” małpami (wyjcami płaszczowymi) z zimnym kuflem piwa „Imperial” i rozgrzanym piaskiem pod stopami to wystarczający czas na obudzenie w sobie duszy podróżnika. Tym bardziej, że w pościeli i w bieliźnie nie schowały się, zgodnie z sugestiami przewodnika Lonely Planet, włochate tarantule, na co po cichu liczyła Ania. Zosia pożegnała amerykańsko-kanadyjską klientelę hotelu, zdobywając ogólną sympatię i zaproszenie do Alabamy od słodkiej „cioci” Gigi, a my zapłaciliśmy lekko frustrujący rachunek, na szczęście przewidziany w planowanym budżecie i o godz. 08:45 zameldowaliśmy się na przystanku autobusowym. Był poniedziałek 14 lutego.

Autobusy

Dworzec autobusowy w Canas © 2011 Mini TraperAutobusy w Kostaryce są najpopularniejszym i najtańszym środkiem transportu. Jakość podróżowania pozostawia wiele do życzenia, z racji na przestarzały sprzęt, kiepski stan dróg i duży ścisk, ale dla mamy z dzieckiem zawsze znajdzie się wolny fotel. Kierowcy traktują autobus jak prywatne przedsiębiorstwo, dlatego bywają stonowani w uprzejmościach. Potrafią także oszukać zmęczonego turystę i zawyżyć np. cenę biletu. Poza tym jest super. Można wsiąść i wysiąść w dowolnym momencie trasy lub złapać autobus „na okazję”, na krajowej „jedynce”. Najważniejsze żeby być kilka minut wcześniej, ponieważ rozkład jazdy funkcjonuje z dużą elastycznością.

Trasa z Playa Hermosa do La Fortuna przebiegła bardzo sprawnie. 150 kilometrów pokonaliśmy w 7 godzin, notując trzy przesiadki: Liberia – Cañas – Tilarán. Zapłaciliśmy 10 325 Colones czyli około 21$ (w 2011 roku 500 colones =± 1 dolar), co oznacza, że było to o 160$ mniej od podróżowania czerwoną taksówką.

Atmosfera w autobusach lokalnych przypomina wiejskie targi. Jest głośno i tłoczno z dużą rotacją klientów i bogatym wachlarzem zapachów. Jednak Zosi wcale to nie przeszkadzało w odprężających drzemkach. Wystarczyły kolana mamy, lekki bawełniany kocyk, a w chwilach przebudzeń duża autokarowa szyba, pasące się konie i niezastąpiony soczek jabłkowy, oczywiście prosto z Kostaryki.

La Fortuna

„Fortuna” oznacza majątek, los, szczęście i jako nazwa świetnie pasuje do miejscowości położonej u stóp czynnego wulkanu, ponieważ jest on dla Fortuńczyków:

- naturalnym majątkiem;

-  każdego dnia stanowi o ich losie;

- pozwala im szczęśliwie doczekać wieczora pośród złowrogo unoszącego się dymu.

Wulkan Arenal © 2011 Mini Traper

Nam La Fortuna kojarzyć się będzie dodatkowo z życzliwą i pełną energii „ciocią” Melanią, właścicielką hotelu Vista del Cerro. Polecamy ich stronę internetową nie tylko z racji na jakość usług, ale również ze względu na „Galerię foto”, w której kilka zdjęć pochodzi spod ręki Ani.

Rezerwat Caño Negro

Wtorek spędziliśmy na lądzie i na wodzie. Chmury szczelnie okrywające Arenal skutecznie odwiodły nas od wspinaczki na wulkan i zaprosiły do rezerwatu Caño Negro, sąsiadującego z Nikaraguą. Droga wiodła przez najbardziej rolnicze obszary Kostaryki, odsłaniając przed nami niekończące się plantacje trzciny cukrowej, bananów i ananasów oraz sady z owocami pomarańczy i mango. W międzyczasie zahaczyliśmy o kolonię legwanów leniwie rozłożonych na przydrożnych drzewach, które Zosia zachęcała do większej aktywności. Na szczęście bez wzajemności ze strony gadów.

Kajman © 2011 Mini TraperW samo południe przesiedliśmy się z busa na kolorową barkę i ruszyliśmy w górę rzeki Frío. Przed nami ukazała się Kostaryka jakiej szukaliśmy, pełna kajmanów, wyjców płaszczowych, bazyliszków, nietoperzy, motyli, leniwców, małpek kapucynek, czapli, kolibrów i olbrzymiej liczby ptaków, które widzieliśmy po raz pierwszy w życiu.

Nasza córka przewidywalnie wybrała gady, tym razem zapraszając na łódkę dwumetrowego kajmana, natomiast Ania czując fotograficzną adrenalinę próbowała w teleobiektywie uchwycić wszystkie egzotyczne szczegóły. Czuliśmy się jak na planie dokumentu rodem z National Geographic. Pełni fruwających, pełzających i skaczących wrażeń postanowiliśmy wieczór spędzić w gorących źródłach wulkanu Arenal. Spa Baldi Hot Springs przyjęło nas ciepło, a nawet gorąco i pozwoliło zregenerować siły na kolejny dzień.

Wulkan Arenal

Ranek powitał nas deszczem i czarnymi chmurami. Mieliśmy jednak nadzieję na większą aktywność słońca, żeby choć przez chwilę zobaczyć zakapturzony krater. Po porannym „gallo pinto”, czyli omlecie z fasolą, spróbowaliśmy złapać transport pod Arenal. W Kostaryce machanie kciukiem nad rozgrzanym asfaltem grozi zapaleniem ścięgna zginacza, ale przy odrobinie szczęścia można zatrzymać na przykład autobus liniowy. Nasz jechał do Tilarán i za 3$ podwiózł nas na przystanek Observatorio Lodge u podnóża wulkanu. Mając jakieś cztery kilometry do przejścia, postanowiliśmy wypróbować nosidełko ERGObaby "Sport Carrier". Rewelacja! Wygodne dla rodzica i malucha, w miarę przewiewne, a co najważniejsze nie obciążające bagażu.

Droga na Arenal © 2011 Mini TraperWejście na wulkan rozpoczęliśmy w Parku Narodowym Arenal. Nie odbyło się bez problemów. Ticos (Kostarykańczycy) panicznie boją się studolarówek i nie przyjmują ich w większości punktów handlowych lub usługowych. Tym razem łysiejący prezydent Franklin nie wzbudził zaufania u strażnika parku, a to oznaczało, że mając tylko jeden banknot studolarowy nie mamy pieniędzy. Potrzebna była krótka konfrontacja i kompromis, po których w dalszą drogę wyruszyliśmy za wszystkie wysypane z kieszeni drobniaki. Pod komin kratera prowadzi szlak lawy wyrzuconej w 1968 roku. Nic ekscytującego, poza pięknymi widokami na jezioro Arenal i informacją o ryzyku erupcji. Zosię najbardziej zaciekawiły trasy transportowe mrówek, przez co obecnie każda napotkana mrówka jest synonimem Kostaryki. Popatrzyliśmy na górę, pstryknęliśmy kilka fotek i uzupełniwszy niedobór dwutlenku węgla udaliśmy się z powrotem. Tym razem do hotelu podwiózł nas męski duet włosko-portugalski zakochany w Indiach i lekko zniesmaczony miniaturyzacją góry wulkanicznej. Faktycznie do włoskiego Wezuwiusza i portugalskiego Pico Arenal potrzebuje kilkuset metrów, ale jak dla nas okazał się całkiem wystarczający. My zresztą też przypadliśmy mu do gustu, ponieważ na pożegnanie na chwilę wyłonił się zza gęstych chmur i lekko pyknął czarnym dymem.

Męcząca wędrówka domagała się odpoczynku. Z pomocą przyszła nam przepyszna kuchnia peruwiańska w sąsiedztwie hotelu, relaksacyjny spacer w Ecocentro Danaus oraz orzeźwiająca kąpiel w hotelowym basenie. Zosia zaprzyjaźniła się z panamską koleżanką Ginama, a my odświeżyliśmy znajomość z dobrze znaną torbą podróżną co oznaczało, że La Fortuna „szczęśliwie” dobiegła końca i wędrowna codzienność wzywa nas na kolejną przygodę. Tym razem w kostarykańskie góry.

Monteverde - Santa Elena

Przejazd do Santa Elena zarezerwowaliśmy jeszcze przed wyprawą do Kostaryki. Za 40 $ mieliśmy szybki transport na przystań, błyskawiczną przeprawę przez jezioro Arenal i wysokogórski rajd po szutrowych drogach, dzięki czemu już po czterech godzinach znaleźliśmy się w dystrykcie Monteverde. To ważna informacja, ponieważ nasz kolejny przystanek znajduje się w paśmie Kordyliery Tilarán na wysokości 1400 m n.p.m., po drugiej stronie zbiornika Arenal. Co oznacza, że podróż autobusem, okrążającym jezioro i wspinającym się pod górę najbezpieczniejszą trasą, zajęłaby nam cały dzień. Szkoda Zosi, sił i czasu!

Tym razem zatrzymaliśmy się w hostelu Sleepers Sleep Cheaper u wychwalanego na „tripadivsorze” Ronniego. Nasze doświadczenia nie za bardzo korelują z umieszczonymi tam wpisami. Cena hostelu, warunki noclegowe, swoboda zakwaterowania, uprzejmość żony i obecność dzieci Ronniego, z którymi bawiła się Zosia, zasługują na uznanie. Natomiast przy osławionym właścicielu stawiamy duży minus, za ignorancję wobec klientów, bałagan wokół hostelu oraz frustrującą dezinformację.

Sky Walk, Selvatura Park © 2011 Mini Traper

Monteverde i połączona z nim Santa Elena są ekoturystycznym centrum Kostaryki. Przyjeżdża się tutaj przede wszystkim dla lasów tropikalnych bogatych w roślinność i zwierzęta. Nic więc dziwnego, że na rozgrzewkę wybraliśmy spacer, tyle że podniebny, po rezerwacie Santa Elena. Selvatura Park to nietypowy sposób oglądania lasów chmurowych wykorzystujący Sky Trek, zjazd na linach ponad koronami drzew lub Sky Walk, przejście zawieszonymi ponad tropikiem mostami. Zosia była zachwycona biegając po metalowych konstrukcjach kilkanaście metrów nad potężnymi bambusami, cedrami, eukaliptusami i drzewami kampeszowymi, a tworzona przez nią opisowa definicja Kostaryki wzbogaciła się o kolejny termin – „mosty”. Wędrówkę po „wiszącym” parku zalecamy jako obowiązkowy punkt podroży, z wyjątkiem osób cierpiących na lęk wysokości, a mobilnym rodzicom radzimy nie słuchać Ronniego i zamiast wózka zabrać nosidełko oraz dziecięcy płaszczyk przeciwdeszczowy.

Koati © 2011 Mini TraperNastępny dzień zdominowały marsze po rezerwatach Santuario Ecologico oraz Sentier du Bosque Eterno de los Ninos, które potraktowaliśmy ćwiczebnie przed wyprawą do największej atrakcji Monteverde Reserva Bosque Nuboso. Las chmurowy miał spełnić nasze marzenia o tukanach, arach, kolorowych żabkach oraz szmaragdowo-karmazynowych kwezalach. Skończyło się jednak na wszędobylskich koati, kilku kolibrach, zabłąkanym motylu morpho i ledwo widocznym leniwcu. Plotka głosi, że co szlachetniejsze (rzadsze) gatunki wyemigrowały na południe do bardziej odosobnionych miejsc, ale my wolimy uważać, że po prostu zabrakło nam szczęścia. Pomimo wszystko rezerwat jest godny polecenia ze względu na swoją tropikalną, soczystą i unikatową roślinność. Gęste mgły i chmury przykrywające las przez większą część roku nie tylko zapewniają doskonałe warunki wzrostu, ale nakazują również pamiętać o dobrych butach i ochronie przeciwdeszczowej dla dużych i małych amatorów zieleni. My do naszego ekwipunku dorzuciliśmy dodatkowo niezawodne nosidełko oraz spory zapas ciastek i wody.

Wyprawę do rezerwatu Monteverde Zosia zniosła tak sobie, nie akceptując przede wszystkim kilkugodzinnej obserwacji przyrody z perspektywy pleców mamy lub taty. Dlatego lepszym rozwiązaniem byłoby przejście najkrótszą trasą np. Sendero Chomogo i Sendero Roble, w przeciwieństwie do Sendero Camino, którą wybraliśmy lub Sendero Bosque Nuboso i El Rio okrążających cały rezerwat. Jednak niezadowolenie naszej córki zrekompensowały po powrocie kostarykańskie frytki, zabawa z Jasmin, Jeremim i Danielem, dziećmi Ronniego oraz odwiedziny w małej kaplicy przy akompaniamencie pięciu hiszpańskich gitar.

Droga do Playa Samara

Kolejny dzień przenosił nas do Playa Samara, zostawiając zielone Kordyliery za zakurzoną szybą autobusu do Puntarenas. Nie czuliśmy się najlepiej. Ania walczyła ze zemstą Montezumy, Zosi nie odpowiadała godzina odjazdu, tzn. szósta rano, a ja zastanawiałem się jak technicznie wykonać „przesiadkę” na krajowej „jedynce”.

Autobusy z Monteverde kursują w porze suchej ponieważ podczas obfitych deszczów żwirowa droga staje się nieprzejezdna. Prędkość maksymalna nie przekracza 30 km/h a przystanki, jak to bywa w Kostaryce, funkcjonują na żądanie – podczas naszej trasy zanotowaliśmy rekordowe cztery przystanki na odcinku jednego kilometra. Wszystkim cierpiącym na lęk wysokości odradzamy zajmowanie miejsc koło okna ponieważ droga z Monteverde jest bardzo wąska i czasami zamiast pobocza widać tylko głęboką przepaść. Poza tym trzeba przygotować się na utratę bagażu lub profilaktycznie upchać torby jak najgłębiej w autokarowym bagażniku. My mieliśmy to szczęście, że kierowca w miarę szybko dostrzegł otwarty luk bagażowy przy ostrym zjeździe w dół. Oczywiście wszystkie, lekko wyolbrzymione, niedogodności bardzo szybko ustępują miejsca zielonym pejzażom, zapierającym dech w piersiach górskim widokom oraz ornitologicznym niespodziankom, w postaci tukanów, kolibrów i kolorowych papug.

Motyl Morpho © 2011 Mini Traper

Pierwszy etap podróży zakończyliśmy na skrzyżowaniu z drogą nr 1 (Pan American Highway) w okolicach Lapita. Tutaj według instrukcji otrzymanych w Santa Elena należało zatrzymać jeden z autobusów pędzących w stronę Liberii. Razem z pięcioma młodymi Niemkami ustawiliśmy się na odcinku kilkudziesięciu metrów i rozpoczęliśmy zbiorowe łapanie „stopa”. Zosia zajęła się pilnowaniem dobytku okrążając go kilkanaście tysięcy razy w obłokach rdzawego kurzu. Nasz trud został uwieńczony po godzinie wygodnymi fotelami i sprawnie działającą klimatyzacją w „pośpiesznym” z San José. Pilot, w ramach szukania zysku na turystach, proponował jazdę do Liberii, ale nie daliśmy za wygraną. Mało komunikatywnym, lecz skutecznym hiszpańskim zmusiliśmy kierowcę do zatrzymania się na skrzyżowaniu z krajową „osiemnastką”, kilkanaście metrów od przystanku do Nicoya. W ten sposob do celu została nam ostatnia prosta prowadząca przez półwysep, Península de Nicoya.

W drogę © 2011 Mini TraperKażda podróż oprócz niewygody i zmęczenia ma jeden duży plus – spotykane osoby. Tak było i tym razem. Od wyjazdu z Monteverde do rozstania w Playa Samara towarzyszyła nam przesympatyczna Niemka, Judith z Bawarii, która obok świetnego kontaktu z Zosią okazała się sprawdzonym kompanem w podroży. Dodatkowo informacja o jej kontrakcie w szwajcarskiej firmie farmaceutycznej, wśród tabletek, pastylek i czopków, uzdrawiająco wpłynęła na Anię. W takim miłym gronie oczekiwaliśmy na transport do Nicoya, w międzyczasie ucząc się prawidłowej wymowy „ticos” od napotkanego poławiacza ostryg. Autobus punktualnie zameldował się na przystanku, a kierowca skasował od naszej czwórki 20$, jak się później okazało o 8$ za dużo.

Dworzec autobusowy w Nicoya wolimy przemilczeć i ukryć pod stertą śmieci, które wiatr systematycznie przerzucał z jednej strony na drugą. Jedynym jasnym punktem, obok Judith, była francuska para ze Strasburga podróżująca z sześciomiesięczną córeczką, z którymi jeszcze dwa razy spotkaliśmy się na plaży w Samarze. Autobus został punktualnie podstawiony na stanowisku drugim i kilka minut przed szesnastą wysadził nas w Playa, sto metrów od naszego ostatniego postoju.

Playa Samara

Playa Samara i Hotel Belveder to bezsprzecznie najpiękniejsze i najciekawsze miejsca na mapie naszej kostarykańskiej podróży. Nie tyle ze względu na skate, regge i swobodne usposobienie przebywających tam miłośników surfingu, co bardziej na autentyczny kostarykański klimat, daleki od masowej i natarczywej turystyki rodem z Playa Hermosa i Playa del Coco. Właśnie aspekt autentyczności zachęcił nas do wyboru południowo-zachodnich plaż półwyspu Nicoya. Sam hotel prowadzony przez właścicieli ze Stuttgartu był połączeniem niemieckiego porządku z hiszpańskim temperamentem, który w cieniu zadbanego ogrodu oferował krystalicznie czysty basen, uwielbiany przez Zosię oraz wykwalifikowaną i uprzejmą obsługę.

Playa Samara © 2011 Mini TraperTa niewielka miejscowość urzekła nas swoją prostotą ignorującą, w dobie pędzącego świata, pośpiech, postęp oraz nowoczesne reguły życia. Jej pozytywne oddziaływanie dodatkowo wzmocnił szef włoskiej restauracji Giada, który osobiście pojechał kupić mrożone frytki i nakazał je przyrządzić specjalnie dla Zosi, a także Janusz, Polak z Montrealu, podróżnik i dobry duch naszej brygady przypadkowo spotkany na ulicy.

Poza tym Playa Samara to w naszym przypadku kilogramy piasku przerzuconego przez Zosię. Zbiory muszelek osieroconych przez ocean. Długie spacery śladami poszukiwaczy pereł. Prześliczne zachody słońca. Dobrze schłodzone piwo „Kaiser” z widokiem na romantyczną zatokę. Wagabundzi wyrabiający biżuterię z dobrodziejstw oceanu. Zachwyt Zosi nad legwanami i arą powtarzającą: „Hola!”. A w końcu zabawne historie małpki George emitowane każdego wieczora przez kostarykańską telewizję.

Nie jest łatwo opuszczać miejsce, w którym marzenia zbiegają się z rzeczywistością. Pomaga wtedy tęsknota, wyposzczony portfel i nadzieja, że jeszcze kiedyś się tu wróci. Właśnie z taką nadzieją po dwóch cudownych tygodniach wsiadaliśmy do samochodu jadącego na lotnisko w Liberii: Kostaryko wrócimy!

Później były kolejki, brak klimatyzacji, dziesięć godzin lotu i duże psie kupy na chodnikach Brukseli. Jak dobrze wrócić do domu! – pomyśleliśmy. Pura Vida! – powiedzieliby Kostarykańczycy.

Mini Traper © 2011 Mini Traper

Kostaryka – porady i spostrzeżenia Mini Trapera

Linie Jetairfly z racji na atrakcyjną cenę biletów i bezpośredni kurs (z Brukseli) do miejsca przeznaczenia (z ewentualnym międzylądowaniem), zabierają na pokład najczęściej komplet pasażerów. Podróżując z dzieckiem do drugiego roku życia, warto pamiętać, że nie przysługuje mu dodatkowy fotel. Radzimy, więc zaopatrzyć się w różne smakowe niespodzianki i ulubione zabawki, pomocne w najbardziej męczących momentach lotu.

Wracając liniami Jetairfly z Kostaryki bezpośrednio do Europy nie trzeba uiszczać na lotnisku opłaty turystycznej (26$ za osobę).

Kostarykańczycy bardzo lubią dzieci, co często pomaga w podróżowaniu: omijanie kolejek, wolne miejsce w autokarze czy łatwiejsze nawiązywanie kontaktów.

Hotele najczęściej są przygotowane na przyjmowanie rodzin z dziećmi, jednak dla pewności najlepiej w e-mailach rezerwujących wspomnieć o łóżeczku dla dziecka i pokoju na parterze.

We wszystkich miejscowościach, które odwiedzaliśmy nie było żadnych problemów z zakupem pieluch dla dzieci oraz wszelkich rzeczy niezbędnych do przeżycia.

Ostrzeżenia przewodników dotyczące jadowitych węży, pająków i trujących żab w pobliżu uczęszczanych miejsc, a nawet w hotelowych pokojach na szczęście nie sprawdziły się w naszym przypadku. Jednak radzimy poruszać się tylko po oznaczonych szlakach i dobrze wytrzepywać torbę oraz przechowywane w niej rzeczy przed kolejnym pakowaniem.

W większości punktów handlowych i usługowych Kostarykańczycy nie akceptują studolarówek, dlatego przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w mniejsze nominały.

Mini Traper czyli Ania, Zosia, Arek

Zapraszamy na nasze Podróże z dzieckiem, do naszej Galerii, Biblioteki oraz Krainy Cytatów. W razie pytań, wątpliwości i chęci nawiązania kontaktu czekamy pod e-mailem: Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć .

 

 

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;